Jak działają archiwa europejskie i dlaczego tak źle? Skarga profesjonalisty

Pocket

Z racji tego, że zajmuję się głównie archeologią średniowiecza i nowożytną, mam do czynienia z wieloma archiwami europejskimi. Archiwa to miejsce, w których można porzucić wszelką nadzieję i chęć pracy. Czasami.

Ponieważ archeologia ostatniego tysiąclecia jest tylko jednym z narzędzi do rekonstrukcji dziejów, należy ją uzupełniać o inne elementy, w tym dokumenty historyczne, zalegające w archiwach. Brak takich dokumentów powoduje, że archeologiczny przekaz jest niepełny i bardzo płytki. A archeologia, jak to archeologia: pokazuje tylko niewielki wycinek dawnej rzeczywistości, a jej samoistne wykorzystanie może prowokować rozwój fantastyki historycznej. A tego należy bezwzględnie unikać.

Będąc młodą archeolożką…

Prowadząc badania w Krakowie i okolicach oraz na Lubelszczyźnie mam do czynienia nie tylko z archiwami polskimi, ale także wieloma europejskimi: białoruskimi, ukraińskimi, litewskimi, austriackimi, niemieckimi, szwedzkimi, węgierskimi a nawet watykańskimi. Spoza Europy korzystałam ze zbiorów moskiewskich, żydowskich i amerykańskich. Myślę więc, że jako „zwykły” użytkownik mam prawo do krótkiego opisu i oceny archiwów. 

W dzisiejszych czasach korzystanie z archiwów przebiega głównie przez internet. Ogranicza to czas na podróże do dalekich miast i państw, na przeglądanie inwentarzy (co można zrobić z domu), kopiowanie oraz pieniądze. Taki sposób korzystania oszczędza przed zniszczenie, również stare dokumenty, które nie są udostępniane zbyt często a badacze korzystają tylko z ich kopii cyfrowych. 

Jakie cechy powinno mieć porządne archiwum? Dwie: inwentarz z opisanymi sygnaturami dostępny online oraz skany dokumentów, które są dostępne za darmo również online. 

Przyjrzyjmy się zatem europejskim archiwom. Na pierwszy rzut weźmiemy oczywiście archiwa polskie. 

Archiwa jako takie

Archiwa Państwowe mają prężnie działającą stronę internetową oraz strony na wszystkich portalach społecznościowych. Największym atutem archiwów państwowych jest jednak wspólna wyszukiwarka internetowa, dostępna pod adresem https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/, gdzie można rozpocząć przeglądanie dokumentów. Nieważne czy interesuje nas historia jednej miejscowości, czy genealogia – dostępne są tu inwentarze wszystkich państwowych archiwów. Czyli pierwsza cecha spełniona, choć można by dyskutować nad opisami, ponieważ bywają niedostateczne. Problemem jest dostępność skanów. Faktycznie, część dokumentów jest zeskanowana, dotyczy to zwłaszcza tych najstarszych, księgi metrykalne, dokumenty urzędowe. Poza tym w zależności od archiwum (a mamy ich w Polsce kilkadziesiąt i wszystkie są utrzymywane z naszych podatków!) – raz jest lepiej raz gorzej. Pozytywnym wyjątkiem jest oczywiście  Narodowe Archiwum Cyfrowe, które z zasady skanuje i wrzuca do bazy wszystkie posiadane przez siebie zdjęcia!  

Co zrobić, jeśli znamy już sygnaturę (numer teczki), którą chcielibyśmy obejrzeć? Najlepiej napisać do wybranego archiwum pytanie, ile jest kartek, stron lub zdjęć w wybranej sygnaturze. Każda sygnatura to teczka lub książka, w której jest czasem 5 stron, czasem jedna mapa a czasami to opasła księga która ma 1200 stron. Jeśli stron jest niewiele, to można zamówić skany, co kosztuje 2 zł za jedną stronę. W tym celu trzeba zarejestrować się na stronie www.szukajwarchiwach.gov.pl a następnie można bezpośrednio pod numerem sygnatury wysłać do danego archiwum prośbę o wykonanie skanów. Na skany czeka się około 30 dni, dostaje się je na maila po opłaceniu kwoty na konto archiwum. Korzystanie z serwisu jest banalnie proste i intuicyjne.

Sprzęt

Jednak jeśli mamy do przejrzenia np. 11 teczek, w której jest po kilkaset stron, to lepiej od razu umówić się w archiwum na przejrzenie dokumentacji. Wycieczka do Warszawy czy na drugi koniec Polski może wyjść dużo, dużo taniej, nawet jeśli wliczymy koszty noclegu i podróży. Na miejscu można za darmo robić zdjęcia swoim aparatem a inwestuje się tylko w rękawiczki jednorazowe i maskę, żeby zabezpieczyć dokumenty przed zniszczeniem. Trzeba być jednak przygotowanym na to, że jedziemy zawsze w ciemno. Choćby nie wiem jak archiwista zarzekał się, że w zakurzonych teczkach leżą dokumenty których szukamy, to nie znaczy, że one faktycznie zawsze tam są. Nieraz miałam taką sytuację, co jest bardzo, ale to bardzo frustrujące….

Czasami z dokumentów nie można korzystać w ogóle ani nie są skanowane ze względu na ich zły stan zachowania. Weźmy na ten przykład fragmenty Trybunału Koronnego, które są tak zbutwiałe, że rozlatują się palcach. W takich sytuacjach archiwa niestety biorą na przetrwanie i ani nie  ich skanują ani nie udostępniają. Tyle, że za jakieś 20 lat już na 100% nie będzie czego skanować…..

Trzeba przyznać, że Archiwa Państwowe pracują ciągle nad wyszukiwaniem poloników u sąsiadów. Polonika to dokumenty państwa Polskiego lub obce dotyczące Polski, ale zalegające w obcych archiwach. Nasi archiwiści jeżdżą po obcych i spisują wszystko, co dotyczy Polski. Jest to niesamowita baza, bardzo ułatwiająca wszystkie historyczne poszukiwania. Szkoda tylko, że prace nie zostały przeprowadzone do końca i inwentarz poloników ma sporo luk.

Kościelne archiwa

Zupełnie innymi prawami rządzą się archiwa kościelne. Jak wiadomo, w przeszłości słowem pisanym posługiwały się tylko bogatsze warstwy społeczne (szlachta), urzędnicy oraz stan duchowny. Ze względu na wojenne zawieruchy w archiwach zachowało się tak naprawdę niewiele dokumentów, wyprodukowanych od XI do XVIIII wieku. Natomiast archiwa kościelne w dużej mierze są kompletne. Problemem jest to, że dopiero niedawno i to w bardzo ograniczonym zakresie rozpoczęto wprowadzanie archiwów kościelnych w nowoczesny świat. Znakomita większość nie ma nawet strony internetowej.

Często tylko numer i mail do archiwisty ukryty jest wstydliwie między ogłoszeniami parafialnymi a żywotami świętych. Dodzwonienie się do nich to szczęśliwy traf: zależy od humoru, urlopów, pory dnia lub roku a nawet zasięgu telefonii. Czasem można napisać maila, ale odpowiedź też przychodzi zależnie od „widzimisię” – czasem po jednym dniu a czasem po kilku miesiącach…. Wyjątkiem w tej sytuacji jest Archiwum Archidiecezji Krakowskiej, które wprawdzie nie ma dostępnego inwentarza online, ale za to dzięki dotacjom z Unii Europejskiej regularnie digitalizuje swoje zbiory i udostępnia na swojej stronie internetowej  https://archiwum.diecezja.pl/

Na razie jest tego niewiele, ale i tak światełko w tunelu.

Zagranico

| kontakty zza biurka i na podstawie doświadczeń innych poszukiwaczy. 

Szwecja bazę ma na TEJ stronie. Skupia się głównie na swoich, szwedzkich księgach metrykalnych, sądowych i mapach. Swoje Szwedzi mają wszystko pięknie poskanowane i udostępnione. Poloników w inwentarzu online niewiele, głównie mapy które u nas są dostępne w dużo lepszej rozdzielczości. Jeśli jest już cokolwiek dostępnego, to można obejrzeć to tylko na miejscu, w czytelni. Czy to oznacza, że nie mają poloników? Ależ nie. Mają ich po sufit, tylko nie inwentaryzują i nie udostępniają. Chyba, że przyjedziesz osobiście, jakimś cudem uzyskasz zgodę na przejrzenie dokumentów, których sygnatur cudem się domyślisz (albo znajdziesz w katalogach papierowych, prowadzonych jak za Ćwieczka w szufladkach) a następnie zapłacisz od 30 do 3.000 złotych za skan jednej strony! Jednej! 

W Moskwie próbują stworzyć coś na wzór naszej bazy archiwalnej, ale wychodzi im to kiepsko. Sami zresztą sprawdźcie TU.  Coś tam swoich dokumentów mają wrzucone, ale jest tego niewiele. Z poloników prawie nic, bo nawet Warszawy nie mają wprowadzonej a co dopiero mniejszych miejscowości. Za to na pytanie mailowe dostajecie odpowiedź prawie natychmiast i zawsze brzmi tak samo: „Nie mamy nic!”

Litwa mogłaby wyglądać zachęcająco. Ale inwentarzy online nie mają, nie mówiąc o skanach. O wszystko musisz pytać mailowo, ale maile traktują bardzo luźno. Na odpowiedź czekam już miesiąc i nadal cisza. Telefonicznie nie można się z nimi dogadać ze względu na ich język oraz brak znajomości języków wspólnych (angielski, niemiecki).

Archiwa białoruskie są prawdopodobnie zamknięte ze względu na sytuację polityczną, albo mogą mieć taki sam zwyczaj, jak w pozostałych, bo od pół roku nie dostaję odpowiedzi ani przez formularz kontaktowy ani przez kolejne maile. Ale zawsze można próbować https://niab.by/newsite/ Oczywiście brak inwentarzy i skanów online.

Ale może być też lepiej!

Pozytywnie może zaskoczyć kontakt z archiwami ukraińskimi. Inwentarze są dostępne online, ale w postaci zeskanowanych plików pdf, których nie można skopiować i przetłumaczyć na polski. Trzeba się wykazać dobrą znajomością cyrylicy i ukraińskiego. O skanach oczywiście można pomarzyć. Ale za to odpowiadają na maile. Wprawdzie zazwyczaj negatywnie, w stylu: „Nie mamy twojego płaszcza i co nam zrobisz?”, ale przynajmniej orientują się, czego odmawiają. 

W Niemczech sytuacja jest skomplikowana. Mają, podobnie jak my, kilkadziesiąt archiwów, ale tylko 13 bierze udział w projekcie digitalizacyjnym i tworzą wspólną bazę online. Inwentarz online jest wprawdzie dość pełny, za to skanów poloników jest jak na lekarstwo i każdy trzeba zamawiać osobiście, oczywiście odpłatnie. 

Austriacy nie mają jednej bazy. Podzielili wszystkie dane na kilkanaście baz, z których każda działa inaczej i ma inny zasób zeskanowanych dokumentów, jednak we wszystkich znajdziemy dosyć łatwy dostęp do wyszukiwarek haseł w inwentarzu. Jeśli jednak nie ma skanów, to musimy je zamówić mailowo (odpłatnie). Ostrzegam jednak przed zamawianiem bez sprawdzenia informacji o stronach i mailowym uzgodnieniem ostatecznej ceny. Rachunek potrafią wystawić słony, bo dzielą czasem jedną stronę na 3 skany. Albo liczą niewielką mapkę, jako niewymiarową i doliczają kolejne grube euro. Zwykłe naciągactwo!

Archiwa Watykańskie kontynuują tradycję polskich archiwów kościelnych oraz tych wschodnich, czyli nie mamy inwentarzy online, nie mamy żadnych skanów a na maile odpowiadamy zawsze negatywnie, choćby sam papież poprosił o pomoc. Ciekawe, jak długo ta tradycja się utrzyma?

Bardzo chciałam pochwalić dwa archiwa: izraelski Yad Vashem oraz amerykański National Archives Catalog. Wprawdzie nie mają nic, co by było interesujące dla badacza średniowiecznej i wczesnonowożytnej Polski, ale dla późno nowożytnej i współczesnej już tak. Mają kompletne bazy inwentarzowe i skany dla każdego świstka papieru. 

Archiwa jako sposób na zagospodarowanie czasu

Polskie archiwa znajdują się tak, jak cała Polska, na pograniczu wschodu i zachodu. Wprawdzie technologicznie zajmujemy naprawdę 3 miejsce na świecie. Mamy świetne inwentarze online, które obejmują wszystkie archiwa państwowe oraz muzealne z całego kraju a nawet niewielką część kościelnych. Mamy zeskanowane może nawet 20% naprawdę ogromnej bazy dokumentów, 100 razy większej niż izraelska i amerykańska razem wzięte. Prace nad skanowaniem postępują, choć może nie w jakimś zatrważającym tempie, ale jednak ciągle do przodu. Trwają projekty nad szukaniem polskich dokumentów w innych krajach i rozszerzaniem inwentarzy poloników.

Jednak nie jest problemem dostać jakiś dokument spisany po łacinie, niemiecku, rosyjsku czy po polsku. Trzeba go jeszcze umieć przeczytać (kto choć raz czytał te bazgroły, to wie, ile trzeba mieć umiejętności przysłowiowego aptekarza odczytującego pismo lekarzy na recepcie), przetłumaczyć na język polski, potem na polski współczesny a następnie wytłumaczyć o co w nim chodzi. Przeszłość tak bardzo różniła się od teraźniejszości, że trudno na zrozumieć tekst, choćby był napisany najpiękniej i najjaśniej. I właśnie to szwankuje  w polskiej archiwistyce. Brakuje opracowań i podejścia do dokumentów na miarę takich wielkich archiwistów, jak Adolf Pawiński czy Teodor Wierzbowski.

Brak opracowań statystycznych i historycznych archiwów, a także tłumaczeń i studiów czytania. Brakuje pomocy merytorycznej przy poszukiwaniach konkretnych dokumentów lub zbiorów w obcych archiwach.  Dość powiedzieć, że jednostki zajmujące się archiwami i historią Polski po macoszemu traktują historię własnych archiwów. Pracownicy często nie mają wiedzy o czymkolwiek poza własnym podwórkiem a czasami nawet nie wiedzą, co sami mają u siebie. Czy to złe wynagrodzenia, nuda, czy zwyczajne „zboczenie zawodowe”, że na większość zapytań odpowiadają „Niema” lub „Niedasie”? Istnieją wyjątki od reguły: osoby z pasją i ogromną wiedzą. Gdyby nie oni, to poszukiwania zaginionej historii polskich dziejów byłyby niemożliwe.

Takich archiwistów życzę wszystkim zawodowym i amatorskim genealogom, historykom i archeologom nowożytnym!

Podtytuły – redakcja

Zdjęcia autorki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.