“Chcę się zabić”. Czego nauczyło mnie moje niedoszłe samobójstwo

Pocket

Gdy Lech Wałęsa obiecywał, że Polska będzie drugą Japonią, na pewno nie miał na myśli tego, że w obu krajach nasili się ten sam problem – samobójstwa. “Chcę się zabić” – wpisanie w wyszukiwarkę tego hasła przynosi 2,3 mln wyników. W Japonii powołano ministra, który ma zająć się problemem samobójstw. W Polsce planowano “rejestr samobójców”.

Gdy w czerwcu zeszłego roku pisałam tekst dla ZaufanaTrzeciaStrona.pl o tzw. rejestrze samobójców, powtarzałam za Rzeczpospolitą słowa krajowego konsultanta ds. psychiatrii Piotra Gałeckiego, który mówił, że po pierwszej nieudanej próbie samobójczej, kolejna może być już skuteczna. Zatem projektowany wtedy rejestr prób samobójczych – według profesora – mógłby sprawić, że gdyby taki pacjent trafił na oddział psychiatryczny i dyżurny lekarz miałby dostęp do informacji, że dana osoba ma tendencje samobójcze, to mógłby udzielić skuteczniejszej pomocy.

Kilka tygodni później w wywiadzie dla oko.press profesor Agnieszka Gmitrowicz, z zespołu ds. prewencji samobójstw i depresji, komentowała z urazą, że – cytat za serwisem – “Tu nie ma mowy o rejestrze, tylko o monitorowaniu czynników ryzyka występowania zachowań samobójczych, w celu zapobiegania samobójstwom. Muszę powiedzieć, że to, co zrobiły wokół tej sprawy media, jest krzywdzące i stygmatyzujące osoby w kryzysach psychicznych z tendencjami samobójczymi”.

Wygląda na to, że wszystkiemu winni są dziennikarze.

Zabijamy się

W Polsce samobójstw jest więcej niż wynika to ze statystyk. Wynika to z kilku powodów, m.in. z banalnego lenistwa i chęci unikania procedur biurokratycznych: w Polsce karty zgonu nawet w 30 procentach zawierają tzw. kody śmieciowe, czyli w praktyce uniemożliwiające stwierdzenie prawdziwej przyczyny zgonu. W karty zgonu lekarze dyżurni zbyt często wpisują informacje takie jak “śmierć nagła” czy “zatrzymanie akcji serca”. Bywa, że taki zapis pojawia się na skutek nacisków rodziny, która w strachu przed ostracyzmem społecznym lub problemami z katolickim pochówkiem, prosi o niewpisywanie samobójstwa w dokumenty zgonu.

Oficjalnie – tu, w Polsce – zabijamy się najczęściej na świecie i jesteśmy w czołówce z krajami takimi jak nasi wschodni sąsiedzi z Rosją włącznie, kilkanaście środkowo-wschodnich państw Afryki i wspomniana we wstępie Japonia. Z powodu samobójstw w Polsce umiera więcej niż 15 osób na sto tysięcy mieszkańców. A dokładniej?

A dokładniej przodujemy w kilku kategoriach. Po pierwsze per capita zabija się u nas najwięcej dzieci. W ilości wyprzedzają nas Niemcy, ale to kraj ludniejszy od nas prawie 2,5-krotnie. W publikacji z 2013 roku, autorstwa dr hab. n. med. Marty Makary-Studzińskiej czytamy, że są liczne powody samobójstw dzieci – czynniki związane z trudną sytuacją rodzinną (choroby psychiczne członków rodziny, zaniedbanie, przemoc, nałogi), społeczną izolację, choroby somatyczne i psychiczne, stresujące wydarzenia i różne przeciwności życiowe. Jeden z głównych powodów to brak poczucia bezpieczeństwa w okresie dzieciństwa, brak oparcia w rodzinie oraz niemożliwość nawiązania kontaktu z rodzicami. Dalej mówi się o problemach życiowych, kryzysach, nałogach, a także o biedzie jako jednym z czynników przybliżających do samobójstwa.

To ostatnie jest szczególnie ciekawe w kraju, w którym organizacje społeczne, takie jak na przykład Szlachetna Paczka, podają statystyki jeżące włos na głowie. Bieda jest ogromnym problemem w Polsce, a co za tym idzie, problemem dla polskich dzieci. Jeśli biedę i odrzucenie społeczne z nią związane nałożymy na problemy w rodzinie i brak akceptacji, którego doświadczają młodzi ludzie, mamy odpowiedź na temat tego, dlaczego polskie dzieci tak bardzo nie chcą żyć.

Zrzut z ekranu ze strony Szlachetna Paczka/Raport o biedzie

Jeśli chodzi o osoby dorosłe, to w Polsce zabijają się przede wszystkim mężczyźni. Jak widać z tabeli z raportu WHO z danymi za 2012 rok – na 7842 samobójstwa 6820 osób było płci męskiej. Najwięcej mężczyzn zabijało się w grupie wiekowej 50-69 lat czyli u schyłku aktywności zawodowej, a najwięcej kobiet po 70-tce, czyli na emeryturze.

Centrum Praw Kobiet zwracało już uwagę, że rocznie około stu zgonów kobiet jest mylnie wpisywanych w statystyki, ponieważ łączy się z tzw. “rozszerzonym samobójstwem” a zatem sytuacją, gdy partner kobiety zabija ją (i czasami również dziecko/dzieci), a następnie popełnia samobójstwo.

Statystyki WHO utraciły częściowo aktualność – w dalszym ciągu o wiele częściej zabijają się mężczyźni, ale zmieniła się struktura wiekowa samobójców. Rośnie ilość samobójstw w późnym wieku, czyli wtedy, gdy dopada starość, choroba, samotność i wspomniana już wcześniej bieda. I w tej grupie wiekowej skuteczniej zabijają się kobiety.

Źródło Raport WHO

“Bardzo chcę się zabić”

Piszę “skuteczniej”, bo prócz omówienia statystyk dotyczących samobójstw, powinnam omówić jeszcze statystyki prób samobójczych.

Statystyki prób samobójczych oczywiście są, ale nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Trafiają do nich te zdarzenia, do których wzywano służby lub te – o wiele mniej licznie – do których niedoszły samobójca dobrowolnie się przyznał. Pozostaje też kwestią sporną, kiedy następuje moment, gdy kończą się myśli samobójcze, a kiedy zaczyna się próba samobójcza: czy gromadzenie tabletek nasennych, by je zażyć to tylko przygotowania, czy już próba? A czy wyjście na wysoki budynek, by spojrzeć w dół, to już próba, czy tylko rodzaj targowania się ze sobą?

W statystykach, którymi dysponuje Policja Polska, znaleźć można informacje, że w 2020 roku w Polsce zabiło się 5165 osób. Prób samobójczych, o których wie Policja, było 12.013. Wspomniana wyżej profesor Agnieszka Gmitrowicz twierdzi, że w rzeczywistości prób samobójczych jest dziesięć do piętnastu razy więcej niż stwierdzonych samobójstw.

Z różnych informacji prasowych wynika, że kobiety próbują zabić się częściej niż mężczyźni, ale mają w tym mniejszą skuteczność. Podaje się różne powody tej sytuacji – rzekomo (zajrzyjcie do zalinkowanego przed chwilą artykułu) kobiety mają wybierać metody bardziej estetyczne, bojąc się bólu i oszpecenia, wybierają leki, zamiast bardziej radykalnych metod jak powieszenie się czy zastrzelenie. Ponoć chodzi też o społeczną akceptację “słabości” psychicznej kobiet, dzięki której kobiety wcześniej niż mężczyźni szukają pomocy lub zgadzają się ją przyjąć od osób trzecich. Mężczyźni ze swoimi powodami, by przestać żyć, wydają się sobie niegodni pomocy, niemęscy, jeśli z niej skorzystają, dlatego – jak czytamy w mediach – mają bardziej zdecydowanie sięgać po ostateczne rozwiązania.

Według ankiet, o których wspomina Gmitrowicz, w Polsce próby samobójcze zaliczyło 7 procent uczniów czyli dzieci i młodzieży.

Wszystkie te liczby powoli rosną.

Zamiast pomocy – kontrola?

Profesor Gmitrowicz w wywiadzie dla oko.press podkreśla wielokrotnie, że jeśli chodzi o tworzenie tego, co nazwałam “rejestrem samobójców”, a co ma oficjalną nazwę “Krajowej Bazy Danych na rzecz Monitorowania i Profilaktyki Zachowań Samobójczych” to nie ma ona na celu gromadzenia danych osobowych. A jednocześnie profesor podkreśla, że dane o próbach samobójczych powinny znajdować się w informacjach o pacjencie dostępnych nawet – a może przede wszystkim – dla lekarza POZ.

Pisząc artykuł w czerwcu ubiegłego roku dla Z3S wskazywałam (jest w linku, przeczytajcie), jak naiwna jest wiara osób pracujących przy tym projekcie, że wszelkie dane będą bezpieczne. Oraz, że ich przetwarzanie nie będzie stanowić zagrożenia dla osób, do których te dane należą. Podobnego zdania była Fundacja Panoptykon, komentując wtedy: “Powszechnie znane są problemy polskiej psychiatrii, zwłaszcza dziecięcej. Tworzenie rejestru odciąga uwagę od tak fundamentalnych spraw, jak dostępność lekarzy czy profilaktyka i jest przejawem technosolucjonizmu, czyli wiary, że skomplikowane społeczne problemy mogą być rozwiązane za pomocą narzędzi technologicznych”.

Dalej Fundacja wskazywała zagrożenia takie jak wykorzystywanie tych danych do innych celów, np. w procedurze adopcyjnej, ubieganiu się o niektóre stanowiska itd.

Wywiad oko.press, który czytałam, przygotowując ten tekst, zawiera więcej informacji, przy których zadawałam sobie pytania, jaki naprawdę cel ma przeciwdziałanie samobójstwom. Czy to działania mające na celu kontrolę nad społeczeństwem, czy też może planowanie realnej pomocy osobom w kryzysie? Jedno z takich pytań urodziło mi się pod czaszką, gdy wyczytałam, z jaką aprobatą psychiatra wypowiada się o zmianie kształtu rur wydechowych w amerykańskich pojazdach. Miało to wpłynąć na zmniejszenie się ilości samobójstw metodą zagazowania spalinami. Przyjmując ten sposób myślenia powinniśmy optować, by następnym krokiem był zakaz sprzedaży środków przeciwbólowych, niwelacja wzniesień i mostów oraz wycofanie z handlu lin i sznurków?

W normalnych materiałach, które napotkacie w mediach, rzadko spotkacie sytuację, w której obiektywny lub przynajmniej udający obiektywizm dziennikarz zmienia front i przechodzi na jedną stronę, by stać się świadkiem i rozmówcą dla samego siebie. Ja tak zrobię. Teraz.

Powiedziałam: chcę się zabić

Inspiracją dla tego artykułu była informacja, że Japonia właśnie powołała Ministra ds. Samotności. Japońskie podejście do problemu wydało mi się sensowniejsze niż polskie tworzenie rejestru.

Wydało mi się sensowniejsze, bo gdy prawie rok temu pisałam tekst o rejestrze dla Zaufanej Trzeciej Strony, właśnie wychodziłam ze stanu, w którym bardzo chciałam się zabić.

Nie miałam depresji ani wtedy, ani wcześniej.

Rok po opisywanych wydarzeniach, w pełni zdrowia i bez chęci zabicia się uważam, że robienie z osób w depresji samobójców oraz wtłaczanie osób myślących o samobójstwie w depresję jest krzywdzące dla obu grup. Można mieć depresję bez chęci zabicia się. I można chcieć się zabić z powodu utraty nadziei na zmianę. Tak właśnie ja utraciłam nadzieję na odmianę życia.

Przez wiele miesięcy moja egzystencja była znaczona kolejnymi klęskami. Problemy dotyczyły wielu sfer – przede wszystkim tej związanej beznadziejną chorobą syna, ale i zawodowej, finansowej, uczuciowej. Na to nałożyła się pandemia, przynosząc obowiązki ponad siły, znane wszystkim zamknięcie i poczucie zagrożenia.

Co tydzień przybywało problemów. Nawet te małe w pewnym momencie traktowałam je jak śmierć od ukłuć szpilek*. Wciąż starałam się walczyć o wyjście z impasu, robiłam wszystko, by się nie poddawać i zobaczyć perspektywę. Każdego dnia starałam się złapać dystans, szukać radości życia, pracować nad zmianą. Życie miało gdzieś moje starania.

Myśl o zabiciu się stała się szczęśliwą myślą. Przynosiła ulgę, pozwalała przetrwać. W końcu uzmysłowiłam sobie, że choć bardzo chcę, to nie mogę tego zrobić, bo wtedy umrze mój syn. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu.

Bardzo chciałam, żeby mi ktoś pomógł. Jakkolwiek – telefon, czat, cokolwiek. Lekarze psychiatrzy, nawet ci za 250 zł za telekonsultację, mieli odległe terminy. Jedna z lekarek złapanych telefonicznie powiedziała “może pani pojechać na oddział, tam panią hospitalizują”.

Zrozumiałam, że jestem ze swoim problemem zupełnie sama.

Pamiętacie przytoczone wyżej informacje z publikacji nt. samobójstw dzieci? Samobójstwa powoduje “brak poczucia bezpieczeństwa w okresie dzieciństwa, brak oparcia w rodzinie oraz niemożliwość nawiązania kontaktu z rodzicami”. W przypadku 50-letniej kobiety był to brak poczucia bezpieczeństwa, brak oparcia, niemożliwość nawiązania kontaktu z kimkolwiek.

A jak było u was?

Fiasko Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego

Powyższy tytuł jest nazwą raportu Najwyższej Izby Kontroli nt. Centrów Zdrowia Psychicznego i programu, mającego na celu pomoc osobom w kryzysie. W ironiczny sposób komentuje spojrzenie ważnego państwowego organu na cały system opieki nad zdrowiem psychicznym. Polacy mogą chorować na raka, mogą na zawały, mogą, od biedy, iść do okulisty, ale szukać pomocy w problemach psychicznych nie mogą. W cierpieniu, depresji, w głębokim kryzysie życiowym mogą – jak ja – siedzieć w samochodzie ze sznurem w bagażniku i płakać. Chorym na depresję proponuje się, by się wzięli w garść. W akcjach społecznych namawia się chorych do leczenia, ale nie wskazuje im się, gdzie mogliby to leczenie znaleźć lub chociaż zwyczajne wsparcie, na NFZ lub za jakieś ludzkie pieniądze**.

Pisząc o “rejestrze samobójców” wyobrażałam sobie siebie samą, idącą po raz kolejny do lekarza rodzinnego po banalny zestaw badań profilaktycznych, który przygląda się mojemu podwyższonemu cholesterolowi i zaczyna mi wmawiać konieczność odwiedzenia psychiatry. Wyobraziłam sobie, że ów lekarz rodzinny wypełnia, jak co roku, dokumenty potrzebne do załatwienia indywidualnego nauczania mojego syna i komentuje, że jego choroba na pewno związana jest ze stanem mojej psychiki***. Wyobraziłam sobie kilka innych rzeczy tak dokładnie, jak dokładnie może to sobie wyobrazić osoba, która miała do czynienia z polskimi instytucjami i urzędami oraz pracującymi tam ludźmi, którzy pojęcia nie mają o szacunku, empatii lub chociaż nienarzucaniu innym swoich norm moralnych i przekonań.

W Polsce media bardzo starają się propagować informacje na temat problemów psychicznych, a szczególnie depresji. Jeśli ktokolwiek zrobił coś dobrego dla osób w kryzysie, to – tu mogłabym się zwrócić do Agnieszki Gmitrowicz – media i dziennikarze, droga pani profesor. To mediom, również tym bardzo malutkim, youtuberom, infuencerom i autorom hobbystycznie przygotowywanych publikacji, zawdzięczamy szerzenie świadomości na temat samobójstw, depresji, problemów zdrowia psychicznego, problemów emocjonalnych dzieci i młodzieży, kobiet, mężczyzn i to w każdym wieku. Bo państwo polskie, zamiast przygotować dla osób w kryzysie system opieki i pakiet odpowiednich informacji, przyszykowało nam mechanizm kontroli zwany mechanizmem prewencji samobójstw.

W połowie lutego w Japonii pan Tetsushi Sakamoto został powołany na Ministra ds. Samotności. Państwo zauważyło rosnący problem samobójstw a także nasilenie się ich pod wpływem pandemii COVID-19. W Polsce w tym czasie można skontaktować się z przychodnią stukając kijem w okno.

Nie jesteśmy drugą Japonią.

*Śmierć od ukłuć szpilek – luźny cytat z “Monsignore Kichote” Grahama Greena za, jak podaje autor, Świętą Teresą: Zanim człowiek umrze od ciosu miecza, umiera od ukłuć szpilek.

**Nie uważam, żeby wizyta lekarska online lub telekonsultacja z psychiatrą za 250 lub 300 złotych była dostępna dla chorych w kraju, w którym 10% Polaków żyje poza granicą ubóstwa. Dodam, że bywają specjaliści, którzy za wypisanie recept wystawiają dodatkową fakturę.

***Mój syn choruje od kilku lat, zdarzyło mi się, że urzędnicy zupełnie do tego nie uprawnieni zajmowali się snuciem teorii podobnych do tej, którą sobie wyobraziłam w kontekście lekarza rodzinnego. W szpitalu, do którego trafił, wmawiano mi, że cierpi na miopatię, ponieważ jestem wobec niego zbyt apodyktyczna. Rodzice chorych dzieci, a także rodziny dorosłych chorych, nie otrzymują od państwa żadnej pomocy i nie mówię o pomocy materialnej. Nikogo nie obchodzi obywatel, który nie ma perspektyw na zmianę życia, dopóki ten obywatel ściąga z państwa powinność zajmowania się kimś chorym, niesprawnym. Jednym z powodów, dla których kobiety zabijają się o wiele rzadziej jest to, że – przynajmniej w Polsce – to na nich ciąży obowiązek zajmowania się rodziną i trwania przy niej bez względu na przeciwności. To jest powód, dla którego skutecznie i szybko zabijają się kobiety stare, te które już nie muszą się nikim zajmować, które zostają same i samotne.

3 myśli na temat ““Chcę się zabić”. Czego nauczyło mnie moje niedoszłe samobójstwo

  • 4 marca 2021 o 12:24
    Permalink

    Przecież w Polsce od dawien dawna jest więcej samobójstw niż w Japonii, jak Wałęsa jeszcze był dzieckiem to już były, ani dalej nie poczytałem po wstępie, skoro autor takie głupoty wypisuje.

    Odpowiedz
    • 4 marca 2021 o 17:23
      Permalink

      Autorka, proszę pana. I może trzeba było poczytać jednak.

      Odpowiedz
  • 5 marca 2021 o 16:51
    Permalink

    Zgrabnie zebrane informacje w wersji do szybkiego połknięcia. Smutny wniosek, że Rzecz”pospolita” nie chce być pospolitą i na pewno nie jest dla pospolitych, których problemami nie widzi się ani zająć ani chwalić. Czyli jednak ładne słowa i gwarancje mamy tylko w konstytucji, której ostatnio brakuje odpowiednich “wyznawców”.
    Dziękuję za podzielenie się osobistym doświadczeniem choroby (choć ja je znam z perspektywy siostry) i zwrócenie uwagi, że nie musi występować depresja, żeby zabrakło chęci do życia. Mamy taki klimat, że jak nie będziemy się wspierać w swojej pospolitości, to ci od tej >Rzeczy< nieszczególnie się przejmą.
    Dlatego wspieram <3

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.