Obcy i terroryzm – jakich zagrożeń można spodziewać się w spokojnym kraju?

Pocket

Obcy, źli, podejrzani – niebezpieczni… Islamiści to terroryści, a tak gdzie się pokażą, tam można spodziewać się problemów. Tymczasem w jednym z europejskich krajów długa tradycja zamachów terrorystycznych dotyczy przede wszystkim rodzimych obywateli…

Tekst został pierwotnie przygotowany dla ZaufanaTrzeciaStrona.pl. Dzięki uprzejmości naczelnego, Adama Haertle, dostępny jest na cybermedium.pl.

W Centrum Islamskim Al-Noor było prawie pusto, gdy pojawił się w nim 65-letni Mohammad Rafiq. Był obcy w tym kraju, przyjechał z Wielkiej Brytanii. Ze znajomymi rozmawiał po angielsku, bo miejscowego języka nie znał. Nie odróżniał się jednak od innych bywalców Al-Noor, znał arabski, nosił tradycyjny strój.

Był delikatnej budowy, wydawał się kruchy, a biała jak śnieg broda dodawała mu lat.

Niech was wygląd starca nie zwiedzie, Rafiq feralnego dnia nie zapomniał niczego ze szkolenia, które odbierał przez lata. Był emerytowanym oficerem lotnictwa, twardym żołnierzem przygotowanym również do walki wręcz. Nie zamierzał się cofać w walce o to, w co wierzył.

Działo się to w Bærum, dzielnicy pod Oslo, w Norwegii, kraju, w którym około rdzenna ludność to około 81,5 procent mieszkańców kraju. Reszta to obcy. Tych obcych jest coraz więcej…

Rafiq w czasach służby, źródło Twitter

Terroryści, islamiści

Zamachowiec miał ze sobą pistolet i przynajmniej dwie sztuki broni długiej, przypominające shotgun. Poniosły go emocje, bo zaczął strzelać jeszcze będąc na zewnątrz centrum modlitewnego, celował do środka przez szklane drzwi wejściowe. Był ubrany po wojskowemu, miał nawet hełm, jak żołnierz idący do ataku. Szczupły, wysoki i zdeterminowany. Nikt wtedy nie wiedział, że ma już na sumieniu jedno życie, a oddając strzały w głąb budynku, idzie po kolejne. Mohammad Rafiq szkolił się całe życie do tego, co się wtedy stało w muzułmańskiej dzielnicy Oslo.

Gdy pojawiła się policja i w mediach gruchnęły informacje o zamachu, nazwisko Mohammada Rafiqa pojawiało się nawet częściej niż innej ważnej postaci całego zdarzenia, Philipsa Manshausa.

Niech was nie zwodzą pozory.

Philips Manshaus, lat 21, właśnie zamordował swoją przyrodnią, adoptowaną siostrę i przyszedł mordować dalej. Krzyczał, że biała Norwegia musi pozbyć się islamistycznej zarazy. Strzelał, nie wiedząc, że w centrum modlitewnym nie ma prawie nikogo, prócz staruszka i dwóch mężczyzn w średnim wieku. Nie wiedział, że staruszek nie przestraszy się strzałów i ruszy do ataku.

Mohammad Rafiq ocalił wtedy swoich dwóch towarzyszy i być może kolejne osoby, które zbierały się, by przyjść na modlitwę. Manshaus zdążył opublikować manifest pochwalający strzelaninę w Christchurch, w wyniku której zginęły 52 osoby. Chciał tego samego – trupów i triumfu białej rasy nas islamizmem. Pomylił dni ataku – święto, ściągające do sali modlitewnej całą miejscową społeczność muzułmańską, przypadało następnego dnia. Młodzieniec na sali sądowej rzucał pełne pogardy i dumy spojrzenia zza fioletowych powiek. Zniekształcającą twarz opuchliznę i wybroczyny zawdzięczał zawodowemu, emerytowanemu żołnierzowi z Pakistanu.

Nasi i wasi

W latach 50. XX wieku w Norwegii było około 900 Polaków. Pakistańczyków przybyło tam wtedy znacznie więcej. Mimo, że dziś mniejszość pakistańska w Norwegii jest znacznie mniej liczna niż polska, to Norwegowie pochodzenia pakistańskiego są osiadłą, zasymilowaną grupą. Tworzą silną społeczność, ale zachowują tożsamość, kultywując język i kulturę. Mówiący językiem urdu to trzecia pod względem liczebności grupa etniczna, zaraz po mówiących po polsku.

Obecnie przybysze, którzy zmieniają strukturę narodowościową Norwegii, to coraz większe grupy emigrantów zarobkowych. Przede wszystkim to Polacy, których oficjalnie jest powyżej 100 tysięcy, a nieoficjalnie, według niektórych szacunków, to nawet dwa razy więcej osób. Dalej – mieszkańcy republik nadbałtyckich, głównie Litwini, a także spora mniejszość szwedzka. Powoli pojawia się coraz więcej Ukraińców, Słowaków, a także Niemców, Włochów, Portugalczyków.

Mieszkańców Norwegii, którzy wyznają islam ogółem jest 170 tysiące i jest to tendencja malejąca. Wszystkich narodowości poza norweską, wliczając w to Samów, jest w tej chwili 18,5 procenta.

Popierających oficjalne ugrupowania prawicowe, podnoszące hasła walki z emigracją i obcymi jest więcej niż owych przybyszów. Jedną z partii reprezentowanych w parlamencie, twardo domagającej się ściślejszej kontroli granic, migrantów i pracy migrantów, jest Partia Postępu, Fremskrittspartiet. Obecnie ma 11,6 procenta poparcia i 21 miejsc w Storting. Straciła sporo poparcia, w 2009 roku miała aż 20 procent zwolenników.

Dla wierzących w zalew Norwegii imigrantami Postępowcy są za mało radykalni. Maleje ich elektorat, od zeszłego roku skurczył się o prawie połowę.

Partia traci, ale idee narodowe wręcz przeciwnie. I nie jest to nowe zjawisko.

Wymyślony wróg

Byliście kiedyś w Biłgoraju? To średniej wielkości miasto w lubelskiem, mają tam trochę przemysłu, dużo mieszkańców w średnim wieku, szkołę muzyczną i zabytki. Polski Biłgoraj jest jak norweski Kongsberg, tyle że Kongsberg jest bliżej swojej stolicy niż Biłgoraj: cisza, spokój, przedsiębiorczość, studenci, emeryci. 13 października 2021 w Kongsbergu miał miejsce masowy mord o charakterze zamachu terrorystycznego. Wyobraźcie sobie taki zamach w Biłgoraju. Trudne? W Kongsbergu cały czas wszyscy są w szoku.

Wykonawcą zamachu jest Duńczyk, mieszkający od urodzenia w Norwegii, 37-letni Aspen Andersen Bråthen. W krytycznym dniu ciągu godziny w mediach społecznościowych pojawia się jednak inne nazwisko: Rainer Winklarson – a wraz z nim cała historia związana z domniemanym zamachowcem. Jest przedstawiany jako norweski chrześcijanin, który nawrócił się na islam. Rzekomo entuzjasta łucznictwa, youtuber znany w social mediach.

Wiadomość miała zostać podana najpierw przez jedną ze stacji telewizyjnych, ale najprawdopodobniej zrodziła się na Twitterze, na jednym z kont zajmujących się wyłącznie rozpowszechnianiem histerii terrorystycznej. Tak przy okazji ataku rodzi się dezinformacja i chaos.

Policja szybko podaje dane zamachowca i jego narodowość, żeby ukrócić wszelkie plotki. Bråthen ma ogoloną głowę i w manifeście, który publikuje przed atakiem, kulawym angielskim przedstawia zagrożenie współczesnego świata – to islam i muzułmanie. Duńczyk jest znany policji z powodu agresywnych zachowań, ma zakaz zbliżania się do własnych rodziców. Uwielbia przemoc i noże. Jest stałym bywalcem ośrodka zdrowia psychicznego w Kongsbergu.

Dla spokojnej społeczności norweskiej wiadomość o morderstwie była porażająca, zwłaszcza, że doniesienia mówiły o tym, że atakujący posłużył się łukiem. Jego ofiarami były osoby w średnim wieku i emeryci. Wkrótce okazuje się, że atak zaczął od próby zabicia młodych ludzi, studentów w akademiku, o których sądził, że są muzułmanami. Tak naprawdę nie strzelał, choć faktycznie zatrzymano go z łukiem. Posłużył się bronią białą, zaszlachtował starszych, zaskoczonych przed centrum handlowym ludzi. Może przypominali mu rodziców, których od dawna tak chciał zabić, kto wie.

Breivik i inni

Krwawe wydarzenia z chorym psychicznie Bråthenem ponownie obudziły dyskusje społeczne o dziedzictwie Andersa Breivika. To już 10 lat od zamordowania w sumie 77 osób przez Breivika, deklarującego się jako skrajnego wyznawcę idei walki ze wszystkimi obcymi elementami, które mogłyby w jakikolwiek sposób zagrozić temu, co on sam nazywał niepodległością europejską. Norwegowie próbowali zrozumieć, co kierowało mężczyzną, którego dotychczasowe nudne i samotne życie nie wskazywało na to, by mógł kogokolwiek skrzywdzić. Przygotowując się, jak się okazało po fakcie, do zamachu, opowiadał sąsiadom, że na zajmowanej ziemi ma zamiar uprawiać bulwy. A dokładnie brukiew*. Samotnik, nerd, piwniczak. Nikt.

Długie badania psychiatryczne nie wskazały u Breivika jednak zaburzeń takich, na jakie najprawdopodobniej cierpi Bråthen. Breivik ma osobowość narcystyczną, nie czuje empatii, ale nie ma psychozy ani żadnego znanego schorzenia psychicznego.

Breivik dopuścił się największej w historii Norwegii masakry i stał się wykonawcą jednych z najkrwawszych zamachów terrorystycznych na świecie, wpisując się na długą listę działających na terenie Norwegii samotnych, białych rycerzy. On, Espen Bråthen i Philips Manshaus to tylko jedni z wielu norweskich bojowników o czystość etniczną i religijną.

Służby w Norwegii od wielu lat przyglądają się zagrożeniom terrorystycznym.

Tradycja

Od lutego do maja 1965 w Oslo miało miejsce kilka ataków, których cele i wykonawca do dziś pozostają nieznani. Sprawca instalował pułapki z użyciem granatów. Mieszkańcy stolicy sparaliżowani strachem tkwili w domach, bojąc się wyjść, by nie natknąć się na przeciągnięty tuż nad chodnikiem, zamaskowany śniegiem sznurek, uwiązany do zawleczki.

Jedna z hipotez śledczych zakładała, że celami są dzieci. W innej szukano motywów osobistych. Jedną z pułapek odkryła spokojna gospodyni domowa – poruszając sznurek przywiązany do klamki jej domu. Kolejne granaty odkrywano nie znajdując żadnego logicznego związku z poprzednimi. „Granaciarz” nie wysyłał odezw do gazet, listów do policji, nie dawał znaku życia – poza zostawianiem kolejnych granatów.

Postawiono na nogi całą policję Oslo. Natrafiono na dwóch 15-latków, którzy widzieli przy jednej z pułapek podejrzanie wyglądającego, nie odpowiadającego na zaczepki mężczyznę, ubranego w płaszcz i kapelusz. Nastolatkowie bardzo chcieli pomóc, ale dla nich wszyscy dorośli byli tak samo beznadziejnie starzy. Mężczyzna mógł mieć według nich 30 albo i 40 lat, mieć około 180 cm wzrostu – to był cały opis.

Kilka miesięcy później samobójstwo popełnił pewien policjant, a w jego mieszkaniu znaleziono granaty. Ale w niedługim czasie samobójstwa popełniło też kilku innych mężczyzn – bezrobotny aktor, były żołnierz i weteran norweskiej partyzantki. Po śmierci każdego z nich znaleziono rzeczy wskazujące na związek z zamachami.

W marcu 1977 roku, w środku nocy w uśpionej księgarni Oktober przy Grønnegata w Tromsø wybuchła bomba. Księgarnia należała do Komunistycznej Partii Robotniczej. W budynku, w którym się znajdowała, mieszkały cztery osoby. Szczęśliwie nikt nie zginął ani nie został poważnie ranny.

Po wybuchu zatrzymano dwóch mężczyzn, 21 i 24-latka. Śledztwo nie było prowadzone z wielkim zaangażowaniem, a domniemanych sprawców ostatecznie skazano na kilka miesięcy więzienia za zniszczenie mienia z użyciem materiałów wybuchowych.

1 maja w Oslo w 1979 miały miejsce dwa zamachy bombowe, których autorem był jeden człowiek, członek Frontu Norweskiego, Petter Kristian Kyvik. Kyvika uważa się za wykonawcę, ale jako organizatorów wskazuje się m.in. ówczesnego przywódcę Frontu Norweskiego, Erika Blüchera. Ponieważ obyło się bez ofiar śmiertelnych, społeczeństwo norweskie uznało Kyvika za niezbyt groźnego wariata. Sąd przychylił się do opinii biegłych, że mężczyzna był chwilowo niepoczytalny.

Jak na wariata zamachowiec zachowywał się dość przytomnie i tego samego roku uciekł z więzienia, po czym zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej. Zdecydowanie nie chodziło mu o służbę wojskową, więc znów uciekł i postanowił poszukać schronienia w najdziwniejszym możliwym miejscu – norweskiej ambasadzie. Odesłano go do kraju. Odsiedział wyrok, a gdy tylko wyszedł w 1983, został złapany na kradzieży i próbie sprzedaży sporej ilości broni.

Na broń ugrupowania radykalne miały już duże zapotrzebowanie. W 1981 roku członkowie Norweskiej Germańskiej Armii oraz organizacji Młodzieży Bezpieczeństwa Wewnętrznego przeprowadzali transakcję zakupu kradzionej z magazynów Obrony Cywilnej broni. Kupcy zamordowali sprzedających, dokonując egzekucji z broni maszynowej. Do tej akcji norweskie społeczeństwo miało już inny stosunek niż do wcześniejszych wydarzeń, bo były już trupy, pościgi, krew na śniegu. Sprawcy zostali skazani na długoletnie więzienia, a policyjny wydział antyterrorystyczny zaczął pracować intensywniej.

Old Funeral

Varg Vikernes wydaje się znajdować poza kategorią „zamachy terrorystyczne w Norwegii”. Vikernes jest basistą, twórcą zespołu Burzum, którego dorobek jest kamieniem milowym w historii black metalu. Przy okazji Varg Vikernes jest mordercą i podpalaczem, w popkulturze zaś synonimem kompletnego, nienaprawialnego świra.

Varg grywał też w Darkthrone, Old Funeral i Mayhem, gdzie poznał Øysteina Aarsetha. Vikernes zabił Aarsetha i za tą śmiercią nie stały żadne motywy, które można by powiązać z terroryzmem. Było to jedno z wielu pozbawionych sensu, pełnych wściekłości morderstw, które obrosły z czasem warstwą niepotrzebnych nikomu legend.

Proces Vikernesa był jednak zupełnym ewenementem. Norweski system sprawiedliwości potraktował muzyka z maksymalną surowością. Varg, mimo że zabił tylko jednego człowieka, został osądzony jak terrorysta, zagrażający porządkowi publicznemu. Mężczyznę skazano na 21 lat, maksymalny możliwy w Norwegii wymiar kary. Kolejny taki wyrok zapadł dopiero w sprawie Breivika.

Varg w procesie do morderstwa dorobił całą ideologię, nie wyrażał skruchy, obwiniał swoją ofiarę. Podobnie wyrażał się o trzech spalonych przez siebie kościołach. Kościoły były drewniane, ale stanowiły coś więcej niż miejsce kultu – były dorobkiem kulturowym narodu. Vikernes zdążył zapomnieć o satanizmie i zatargach w zespole, za to dużo mówił o założeniach narodowego socjalizmu i ideologii zaczynającej się od przedrostka “anty”.

Varg Vikernes naprawdę jest kompletnym świrem, ale dla idei mordowania i zastraszania w imię wyimaginowanych wyższych racji zrobił więcej niż do tej pory ktokolwiek. Dzięki niemu terror, podpalenia i morderstwa stały się zacnym konceptem dla każdego, kto czuł się wybranym do przeprowadzania porządków społecznych. Varg dalej krzewi swoje pokręcone idee, a czasami daje się zatrzymać z bronią.

Chłopaki w glanach i myślozbrodnia

W latach 1994-1998 w Oslo i Hønefoss co najmniej cztery razy zanotowano zamachy na norweskich antyfaszystów oraz kilka wiarygodnych gróźb takowych zamachów.

W 2001 roku na drodze Boot Boys w Oslo stanął 16-letni Benjamin Hermansen, syn Norweżki i obywatela Ghany. Sprawcy nie byli wtedy wiele młodsi.

Był to rasistowski, nieprowokowany niczym atak, który zakończył się śmiercią chłopca. W tym samym czasie miały miejsce zamachy na dwóch Norwegów: afrykańskiego oraz hinduskiego pochodzenia. Zanim w 2011 Anders Breivik zabił 77 osób, w Norwegii miało miejsce wiele pomniejszych epizodów z udziałem osób zaangażowanych w organizacje i idee skrajnie prawicowe.

Byłoby jednak nierzetelnością pominięcie zamachu z 2006 roku na synagogę w Oslo, którego wykonawcą był Kurd, Arfan Bhatti, fundamentalista islamski. Bhatti ostrzelał w nocy budynek bożnicy i uciekł. Ofiar nie było.

Zanim Norwegowie przywykli do myśli o strasznych islamistach, strzelających w środku nocy, ich uwagę odwrócił norweski pasażer taksówki spod Trondheim, który zastrzelił kierowcę, Somalijczyka Mamela Jamala Shirvana. Morderstwo okazało się mieć podłoże nacjonalistyczne.

Po 2011 norweska służba bezpieczeństwa, PST, określiła wprost, że terroryzm jako metoda cieszy się poparciem norweskich prawicowych grup ekstremistycznych. Sytuacji nie ułatwia fakt, że ugrupowania ekstremistyczne walczą również na śmierć i życie między sobą, tak jak to miejsce miało w 2012, gdy w rozprawie nożowej został ciężko ranny 16-letni „chłopiec w glanach”.

PST regularnie przeczesuje internet, poszukując śladów aktywności organizacji oraz samotnych strzelców udostępniających manifesty, odezwy propagandowe i instrukcje terrorystyczne o skrajnie prawicowym charakterze.

Wpisów takich dokonują różni ludzie, na przykład dzieci, takie jak wspomniany już chłopiec w glanach, nastoletnia ofiara porachunków radykałów. Na wiosnę br. media ekscytowały się zatrzymaniem szesnastolatka, który rzekomo miał próbować dokonać aktu terrorystycznego, m.in. przechodząc internetowy kurs tworzenia ładunków wybuchowych. Ze strony służb to już nie była ostrożność a histeria. Chłopiec po prostu miał takie informacje na swoim komputerze, nic więcej nie zaszło.

Ale trudno się dziwić panice, gdy w pięciomilionowym kraju lista zamachów terrorystycznych robi się dłuższa niż można by to sobie wyobrazić w najczarniejszych scenariuszach, a nazwiska norweskich terrorystów z dumą intonują radykałowie na całym świecie. Wpisy i nagrania z planami i groźbami umieszczają w sieci m.in. osoby niezrównoważone psychicznie, takie jak Espen Bråthen. Nie można – jak widać – ich lekceważyć. Informacje z narodowych środków przekazu wskazują gorzko, że policja wciąż nie jest przygotowana na takie sytuacje. Atak w Kongsbergu można było zatrzymać nawet w ostatniej chwili. Świadkowie zdarzenia zeznają, że na miejscu zdarzenia tuż przed atakiem byli policjanci i nic nie zrobili.

Gorycz zapewne jest tym większa, że 10 lat wcześniej na promie, którym płynął na akcję Breivik również znajdował się policjant, widział uzbrojonego mężczyznę i nawet nie spróbował go zatrzymać.

Nie da się udaremniać w zarodku każdego zamachu, ale da się dobrze wyszkolić policję.

*Norwegowie uwielbiają brukiew, to jest warzywo narodowe, a pulpa z brukwi jest dostępna przez cały rok w każdym szanującym się sklepie. Norweski masowy morderca-terrorysta, który dowcipkuje o uprawie brukwi jest jak Eligiusz Niewiadomski, który przyszedłby na zamach na Narutowicza z wianuszkiem cebuli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.