Klęska i wypalenie, gdy trzeba pomagać innym – czy można sobie z tym radzić?

Pocket

Ten tekst powstał 6 lat temu na zlecenie Focus Coaching. Jednak nie ukazał się, ponieważ nie prowadził do budujących wniosków. Nie było w nim recepty na klęskę i wypalenie. W dobie rozkładu służby zdrowia ten tekst dziś brzmi inaczej.

Kiedy byłam dzieckiem, byłam przekonana, że lekarze nie chorują. Pielęgniarki w swoich czepkach z paskami były jak umundurowani wojownicy, zawsze w pierwszej linii, w pełnej gotowości do opieki nad pacjentem. Miałam 7 lat i prawdziwym szokiem stała się dla mnie wiadomość, że znajomy lekarz znalazł się ciężko chory w szpitalu. Nie rozumiałam, jak to możliwe, że osoba, która wie wszystko o chorobach i tym, jak się ich wystrzegać, upada na zdrowiu. Z perspektywy lat widzę, że o wiele większym szokiem była konfrontacja z faktem, że żadna wiedza, studia i doświadczenie nie zabezpieczają przed poczuciem klęski, wypalenia i bezradności.

Klęska i wypalenie zawodowe „pomagaczy”

Motywem do pracy nad niniejszym artykułem była moja prywatna klęska w pracy coachingowej. Praca z klientką nad prostym, codziennym tematem, wzbudziła we mnie poczucie bezsensu, myśl o bezradności i niekompetencji. Gdzie podział się entuzjazm i chęć wyciągania wniosków z każdego doświadczenia, gdzie misja, gdzie chęć pomocy, gdzie wymierny sukces? Potem przyszła ciekawość: a jak inni radzą sobie z porażkami i jak niepowodzenia wpływają na pracę tych, którzy w oczach ich klientów „nie powinni chorować”.

Moi rozmówcy pracują w zawodach postrzeganych jako te z misją pomagania ludziom. Dwoje lekarzy, pielęgniarka, coachka, psychoterapeutka, manager zarządzający od wielu lat placówkami służby zdrowia, wszyscy z ogromnym doświadczeniem zawodowym. „Pomagacze” mówi jedna z moich rozmówczyń i przy tym terminie pozostajemy.

Wypalenie, początek

Z Barbarą Grzegorzek-Lizak, lekarzem rodzinnym, spotkałam się w jej miejscu pracy. „Idzie pani do pani doktor?” zapytał mnie starszy pan, widząc, że szukam gabinetu i nie do końca się orientuję, gdzie jej szukać. Potwierdziłam. Uśmiechnął się ciepło: „To także moja pani doktor”. W gabinecie przywitała mnie pogodna, uśmiechnięta kobieta.

– Kiedyś usiadłam wieczorem w domu i powiedziałam do męża, że nie jestem dobrym lekarzem. Po 15 latach pracy pomyślałam, że nie nadaję się do tej pracy, że niczego nie potrafię. Przyszedł moment, że poczułam się wypalona. We własnym poczuciu cofałam się zamiast się rozwijać. A przecież zawsze lubiłam swoją pracę i wiele lat pracowałam z wielką chęcią. Zostawałam w pracy często do wieczora, nawet, gdy nie było już pacjentów. Portierzy się ze mnie śmiali „pani doktor, co pani jeszcze tutaj robi?”, a ja zawsze miałam coś do zrobienia. Byłam tak zaangażowana w pracę, że zaczęłam ją przynosić do domu. Mój numer telefonu mieli pacjenci, dzwonili do mnie z każdą sprawą wieczorami, weekendy i święta. Wydawało mi się, że mam swój świat, swoją odskocznię – sport, ogród, zwierzęta, książki – gdy któregoś dnia zorientowałam się, że nie mam życia.

Małgorzata Kapella, psychoterapeutka i trenerka, od lat prowadzi szkolenia i warsztaty przeciwdziałające wypaleniu zawodowemu i pracuje na nich przede wszystkim z pomagaczami.

– Jak ci ludzie radzą sobie z porażkami w pracy i brakiem sukcesów? Nie radzą sobie. I mówią o tym z frustracją. Nie, rzadko któryś ma do czynienia ze strasznymi traumatycznymi przeżyciami, z tym radzą sobie lepiej, niż można by przypuszczać. Przygniata ich brak sukcesu, brak nadziei na efekty pracy, bo jaki może być sukces, gdy znów przychodzisz np. do osoby chorej psychicznie, która jak zwykle nie chce cię widzieć ani z tobą współpracować?

Tomasz Sokorski to lekarz medycyny ratowniczej, pracujący na Szpitalnym Oddziale Ratowniczym jednego z największych szpitali w Polsce. Wraz ze studiami – ponad 20 lat praktyki.

– Nie znam nikogo, kto odszedłby z pracy pod wpływem jakiegoś strasznego stresu. Za to znam dziesiątki pracowników służby zdrowia, których niszczy stały stres, przeciążenie i poczucie, że tak naprawdę nie realizują tych zadań, które powinny stać się istotą ich pracy. Lekarzy przygniata poczucie bezradności i wtłoczenia w trybik, pielęgniarki niemożność realizowania jej zadań, ratowników to, że swoje życie spędzają w karetce.

Załamanie

Izabela de Vellis (mieszka i pracuje we Francji) rozpoczęła swoją karierę pielęgniarki później niż większość osób w tym zawodzie. Zaraz po studiach, jako 30-letnia kobieta, świadomie wybrała pracę na bardzo trudnych oddziałach szpitalnych – gastrologicznym i geriatrycznym. Spotykała tam pacjentów w najcięższych stanach zdrowia, umierających w cierpieniu i poczuciu upodlenia. Po kilku latach zaczęła pracę jako, jak określilibyśmy to w Polsce, pielęgniarka środowiskowa. W dalszym ciągu pracuje z osobami bardzo schorowanymi, często w stanach terminalnych. Podkreśla z siłą, w którą nie sposób nie uwierzyć, że lubi swoją pracę i towarzyszące jej emocje. Co ważne – zarabia relatywnie znacznie lepiej niż polskie pielęgniarki w podobnych warunkach. A jednak załamanie i poczucie klęski przyszło i to w dodatku wtedy, gdy miała za sobą lata praktyki zawodowej, wsparcie od najbliższych, dom, przyjaciół i ciekawe życie „pozapracowe”.

– Z całym moim doświadczeniem i przygotowaniem, z całym wsparciem i zapleczem psychologicznym – pękł mi światopogląd i dopadło straszne poczucie bezsensu. Stało się to, gdy zmarły w krótkim czasie 3 osoby, które w jakiś sposób naznaczyły moje życie. Ostatnia z nich, to 30-letnia pacjentka, chora na raka mózgu. Znałam ją również prywatnie 12 lat, towarzyszyłam jej, gdy założyła rodzinę i urodziła dziecko. Odwiedziłam ją, porozmawiałyśmy, wyszłam i chwilę zatrzymałam się przy swoim samochodzie. Zobaczyłam podjeżdżającą karetkę, w chwilę później – nosze. Z przykrytym ciałem. Po prostu umarła. Do tej pory, gdy o tym mówię – płaczę.

Tomasz Sokorski:

– Pierwszy objaw kryzysu? Nerwowość – zawsze. Początek to wyładowywanie emocji na współpracownikach i pacjentach. Powarkiwanie, czasami dziwna obojętność. Zresztą – jak ma się nie wypalić pracująca na 2 etatach 55-letnia pielęgniarka, którą obraża agresywny smarkacz, a ona musi mówić „proszę pana”? Jak jej nie mają puścić nerwy?

Małgorzata Kapella:

– Strażacy, gdy wchodzą na zgliszcza domu, w którym zginęła cała rodzina, muszą skonfrontować się ze strasznymi widokami. Nie znajdą tam zwłok, które leżą nienaruszone. Naturalną reakcją są wymioty, płacz, histeria.

Kamila Pępiak-Kowalska, coachka, mówi, że w każdej pracy, a szczególnie osób, od których pracy zależy zdrowie (fizyczne lub psychiczne) i życie innych, są porażki, niebezpieczeństwa i doły, często bardzo głębokie. Co zrobić, jeśli nadchodzi gorszy dzień, miesiąc, rok? Czy rezygnować z pracy? Do kogo się zwrócić?

– Pracuję z geriatrami. Wydaje się, że powinni być przygotowani do mówienia o śmierci, a bywa, że za każdym razem ich to przerasta. Nie wiedzą jak rozmawiać, co robić. Nie umieją mówić o tym z innymi, nie umieją poradzić sobie ze sobą.

Diagnostyka

Tomasz Sokorski:

– To proste – wypalenie jest wtedy, gdy pracujemy za dużo w stosunku do możliwości. Doskonale pamiętam czas, gdy pracowałem ponad 400 godzin w miesiącu. Prócz normalnej pracy lekarza, miałem wpływ na system i sprzyjający klimat do działań. Poczucie misji, tak, właśnie chodziło o poczucie misji. Okazało się to ślepą uliczką, bo poczucie misji nie wystarczało, by mieć siły na działania.

Barbara Lizak-Grzegorzek:

– Musiałam się zatrzymać i zastanowić. Musiałam przyjrzeć się temu, jak wygląda moje życie i moja praca. Zrozumiałam, że nie jestem asertywna wobec pacjentów i że cierpią na tym moje relacje z rodziną, a także relacje z pacjentami. Łapałam się na tym, że jestem dla nich nieprzyjemna, że mnie drażnią. Wie pani, że ja teraz, po raz pierwszy od 15 lat, gotuję w domu obiady i sprawia mi to przyjemność?

Małgorzata Kapella:

– Gdy na warsztatach ludzie zaczynają się przyglądać swojemu życiu, często dostrzegają, że praca to jedyna wartość, jaką mają. Praca jest czymś większym i ważniejszym niż cokolwiek innego – w ich oczach praca czyni ich kimś ważnym, odpowiedzialnym. Praca – i więcej nic.

Artur Malejka od lat zarządza placówkami służby zdrowia. Karierę zawodową zaczął jako fizjoterapeuta:

– Moi koledzy ze studiów wkrótce zaczęli rozwijać się, robić dodatkowe kursy, więcej i chętniej pracować. A ja miałem wrażenie, że to nie jest moje miejsce. Tak, zarobki były ważne, ale gdy się swojej pracy nie lubi, to argument finansowy często ma zakryć to, że nie chce się pracować właśnie w tym miejscu. Zdarzyło mi się pracować potem w firmie, w której czułem się źle i naprawdę nie było takich pieniędzy, które by mnie przekonały do pozostania w niej. A zarabiałem naprawdę bardzo dobrze. Osiem godzin co dnia w takich warunkach to mordęga. Pamiętam, że zdecydowałem się na zmianę zawodu i pracy, gdy zobaczyłem swoje odbicie w szybie i pomyślałem: „lubię siebie”.

Izabela de Vellis:

– Ten ciężki moment, który dopada, załamanie – to nigdy nie jest przypadek. Nie znam ani jednej osoby z mojego zawodu, o której mogę powiedzieć, że wszystko spływa po niej jak po kaczce i nic nie zostaje. Tak, w ramach mechanizmów obronnych – czasem taka postawa się włącza. Wtedy coś z tym robisz – albo nie. Być może czasami wystarczą wakacje. Ale ja w to nie wierzę – to trzeba przerobić, przegadać, najlepiej z osobami, które coś o tym wiedzą.

Kamila Pępiak-Kowalska:

– Pracuję m.in. z pacjentami onkologicznymi. Ci ludzie mówią teraz, że życie już wcześniej dawało prztyczki, że trzeba zwolnić, zastanowić się, przyjrzeć się sobie, może poprosić o pomoc, „ponicnierobić”, odpuścić. Nie mieli na to wcześniej czasu. Mają teraz.

Balans

Kamila Pępiak-Kowalska:

– Walt Disney był wielkim wizjonerem, osiągnął niezaprzeczalny sukces, ale gdyby nie jego racjonalne spojrzenie, to do niczego by nie doszedł. Hurra-optymizm nikogo do niczego nie zaprowadził. Rodzimy się naturalnie jako osoby otwarte i optymistyczne, a pesymizmu się uczymy. Chodzi o to, żeby uzyskać balans emocji i mieć zdrowe spojrzenie. Jeśli stosunek dobrych wiadomości do złych przekracza proporcję 11:1 stajemy się po prostu nieefektywni. To taki emocjonalny haj, tak samo działają narkotyki. Gdy uzależniamy się od endorfin, zaczynają się patologie. Aby zdrowo spojrzeć na świat, stanąć mocno na nogach, potrzebujemy spokoju a nie poddawania się emocjom. Gdy zakochujemy się, jest cudownie na początku, tracimy rozsądek i ślepniemy na świat. Po jakimś czasie musi przychodzi otrzeźwieni, jeśli mamy budować racjonalny związek, bo inaczej na końcu czeka nas katastrofa. Nasza relacja z pracą, z pacjentem, z klientem – to też związek! Nie można udawać, że nie ma porażek, kłopotów i tragedii. Trzeba dać sobie pozwolenie na to, żeby było gorzej.

Małgorzata Kapella:

– W pracy z tymi, którzy konfrontują się z tragediami, do których nie sposób się przygotować, czyli ze strażakami, policjantami, ratownikami, ważne jest, by pomóc im zrozumieć, że ich reakcje i uczucia są w porządku. Że są naturalne i nie muszą się wstydzić tego, że ich ciało reaguje w sposób, którego nie kontrolują. Akceptacja. Kluczem jest akceptacja.

Artur Malejka:

– Jesteśmy ludźmi, mamy kruchą kondycję psychiczną, śmierć, cierpienie, choroby – to wszystko nas dotyka, nawet jeśli nas bezpośrednio nie dotyczy. Tak już jest i to, w mojej ocenie, jest dobre. Właśnie dlatego, że jesteśmy ludźmi. Jako społeczeństwo mamy tendencje do stygmatyzowania problemów natury psychicznej, a ja wiem, że jeśli się dzieje coś nie tak, to trzeba móc z kimś na ten temat porozmawiać, może pójść na terapię.

A czym jest sukces? I czy w ogóle jest?

– Ja to nazywam teorią słupka drogowego. Każdy z nas, gdy odwraca się, by spojrzeć na swoje życie, powinien widzieć słupki, rozstawione w ważnych momentach życia – mówi Artur Malejka. – Wszystko co przeżyliśmy, może być dobre, jeśli tylko umiemy z tego wyciągnąć naukę i wzbogacić się o coś.

Zdjęcie Jean Scheijen from FreeImages

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.