Uważajcie na kleszcze w każdym zakątku Europy

Pocket

Zmiany klimatyczne sprawiają, że wszędzie pojawiają się kleszcze. Uważano do tej pory, że kleszcze w Skandynawii występują rzadko, a w niektórych jej rejonach nie występują w ogóle. Tymczasem kleszcza można złapać nie tylko w lesie na grzybach, ale i w królewskich ogrodach w Oslo.

Zmiany klimatyczne oznaczają podwyższenie średnich temperatur nawet tam, gdzie do tej pory wydawało się to niemożliwe. Mroźne rejony koła podbiegunowego zaczynają topnieć. Zimy ze srogich stają się lekkie, a nawet ciepłe. W Skandynawii zimą coraz częściej pada deszcz a nie śnieg. I jeszcze jedno: pojawiają się kleszcze.

Czy można w Skandynawii zachorować na boreliozę?

Skandynawowie zaczynają przyznawać, że niewielka ilość oficjalnych zachorowań na boreliozę to prawdopodobnie tylko fragment prawdziwego zagrożenia chorobą z Lyme. W bieżącym roku do lekarza trafił polski robotnik, który na wiosnę pracował z królewskich ogrodach w Oslo. Polak zlekceważył ugryzienie, jak się okazało – niesłusznie. Po ponad pół roku trafił do szpitala zdiagnozowano u niego boreliozę. Mężczyzna miał już zaburzenia pracy serca, bóle stawów i zaburzenia równowagi. O pracy nie ma mowy.

Polaków pracujących w Norwegii może to zaskakiwać, ponieważ w powszechnej opinii w tym kraju kleszczy właściwie nie ma. Opinia to jedno, ale fakty to całkiem coś innego.

Wg oficjalnych statystyk w 2011 roku w Norwegii zarejestrowano 248 przypadków boreliozy. W 2019 było ich 488. To dwakroć więcej, choć wciąż niedużo. Dla porównania w Polsce, gdzie mieszkańców jest około 5 razy więcej, notuje się co roku oficjalnie 20-30 tysięcy przypadków. Wydaje się to sugerować, że kleszcze i borelioza są w Polsce o wiele bardziej powszechne niż w Skandynawii.

Jednak w Norwegii przyznaje się, że skala problemu może być inna. Norweska organizacja chorych na boreliozę zajęła się prawdopodobnie pierwszą na świecie sprawą pacjentki, której krajowa służba zdrowia odmawiała leczenia, ponieważ niezbędne do diagnozy testy pozostawały negatywne. Pacjentka swoją sprawę wygrała. Otrzymała zwrot kosztów leczenia, które prowadziła prywatnie. Zaś norweski sąd stanął na stanowisku, że – w skrócie – należy leczyć pacjenta, a nie testy.

Jeśli chodzi o obronę swoich praw to Norwegowie z boreliozą od dłuższego czasu podchodzą do swojego leczenia bardziej stanowczo niż pacjenci np. w Polsce. Dla organizacji chorych pracuje adwokat Olav Lægreid, oferujący swoją pomoc w kwestiach prawnych.

Kleszcze – dobrze im na północy

Dziś norweska telewizja NRK alarmuje – kleszczy w Norwegii jest coraz więcej. I będzie ich coraz więcej – a to z powodu zmian klimatycznych. Kleszcze docierają w coraz wyższe rejony gór, nawet tam, gdzie nie spotykano ich nigdy wcześniej. Zimy są coraz łagodniejsze, coraz częściej zamiast śniegu spada deszcz. Dodatnia temperatura nie dziwi już nikogo nie tylko w rejonach, w których przepływa ciepły prąd atlantycki.

Miejscowi lekarze zakaźnicy sygnalizują, że potrzeba szkoleń dla lekarzy w terenie, by ci nauczyli się prawidłowo rozpoznawać chorobę z Lyme. I tu pojawia się interesująca kwestia, która sprawia, że warto znów przyjrzeć się norweskim statystykom zachorowań na boreliozę i porównać je z polskimi. Otóż w Norwegii co roku z powodu rumienia wędrującego leczy się aż 7 tysięcy osób. W Norwegii zatem rumień, stanowiący podstawowy wskaźnik pozwalający na diagnozę wczesnej boreliozy, postrzega się jako osobną jednostkę chorobową.

A to oznacza, że Norwegia i zapewne pozostała część Skandynawii wcale nie są wolne od kleszczy. I że tych kleszczy wcale nie ma mniej niż w innych rejonach Europy.

Źródła: NRK, Lyme.no, Pani Syn Udaje, Cybermedium.pl

Zdjęcie rumienia wędrującego pochodzi z prezentacji dr Matthew Drydena z Hampshire Hospitals.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.