Czy warto czytać „Śladami bogów”? Recenzja

Pocket

Wydawnictwo „Czytelnik” wydało dziennik podróży Sándor Márai, którą odbył on w 1926 roku na Bliski Wschód. Czy warto czytać „Śladami Bogów”? Według Cybermedium – trzeba!

Wydane w zeszłym roku przez „Czytelnika” „Śladami bogów” to wspaniała książka – tak entuzjazmuje się lekturą nasz autor, Maurycy Dudek. To nie pierwsza recenzja Maurycego, więc warto i tę wziąć pod uwagę!

Same zachwyty

Na samym wstępie wypada pochwalić soczystą polszczyznę tłumaczenia Ireny Makarewicz. Proszę Państwa, oklaski dla Mistrzyni! Po wtóre, entuzjazm wzbudza sama jakość opracowania tej publikacji przez wydawnictwo „Czytelnik”. Książkę poddano nawet konsultacji naukowej. I, po trzecie, samo wydanie.

Drodzy bibliofile! Żadnej szarawej ekologii! W tym jednym wypadku autor, cyklista, wegetarianin i donaszacz starych ubrań, absolutnie nie popiera papieru z recyclingu. Pewnie zauważyliście, że po kilku latach na takim papierze litery blakną i książka, szara i przeciętna z wyglądu już w chwili publikacji, powoli zaczyna traci zawartość (a przez to i swoją magiczną moc)?

Ale nie w tym wypadku. Cała seria „Czytelnika”, w której pojawiły się obecnie w księgarniach teksty Sándora Márai jest wydana w twardych okładkach o ostrym kolorze i ma ujednoliconą szatę graficzną. Tu nie ma szarości ani w treści, ani w formie.

Wszystkie książki, w tym „Śladami bogów” wydrukowano na papierze, który wzbudza należny szacunek swą przejrzystą bielą. Format (A5) czyni książkę przyjaźniejszą i wręcz zachęca do intymnej lektury (ciepły koc, książka i herbata? Czytanie w wannie z winem w dłoni?). No i te okładki…

„Ta prawdziwa” to nieco modernistyczne wzory roślinne na fiolecie, a na przykład „Stara miłość” to niewinny błękit w ckliwe, polne kwiatki.

„Śladami Bogów” trafnie – w końcu to wrzący Bliski Wschód – przypadły czerwień i pomarańcz, a motywem grafiki jest promieniujący (jakżeby inaczej) równoramienny krzyż. Okładkę projektowała Maria Drabecka (zapamiętajcie to nazwisko!).

Podróż śladami bogów

Kiedy już nacieszymy się kartkowaniem urokliwego wydania, możemy zabrać się za lekturę.

Książka relacjonuje podróż autora do Egiptu, Palestyny, Libanu, Syrii i Turcji w roku 1926. Powiecie: 1926? Ramota? Czy książka się zestarzała? Ani o jeden dzień! Przede wszystkim nie jest to tylko dziennik z podróży.

Tematem książki rzeczywiście jest podróż za jeden grosz, jaką odbywa młody Sándor Márai. Autor opisuje chronologicznie swoje przeżycia. Czyni to z udzielającym się czytelnikowi, młodzieńczym entuzjazmem. (Oczywiście tylko w tych momentach, kiedy nie dogania go ból istnienia typowy dla wrażliwych obserwatorów własnej i zewnętrznej rzeczywistości).

Jednak ta książka to coś zdecydowanie więcej! Ona wręcz prowokuje czytelnika do silnych emocji. Opowieść Sándora Márai tak promieniuje namiętnościami, że czytelnik od pierwszej (no, powiedzmy, od drugiej) strony, razem z autorem przepływa od rozdrażnienia do euforii i od zawstydzenia przechodzi w zachwyt. Wszystko to pod pretekstem snucia relacji z obserwacji ludzi, miejsc i codzienności.

Autor, po inteligencku naiwny, dostrzega nie tylko zdarzenia i rzeczy, ale również nastroje. Wyłapuje zgrzyty, okruchy banału i nadzwyczajności, które zapewne umknęłyby komuś o mniejszej wrażliwości. Zderza absurdy, miesza smaki, miksuje emocje.

Opowiada krótkimi zdaniami, świeżym językiem, demaskuje starożytne i współczesne mu cywilizacje. Pokazuje czytelnikowi rzeczy poważne i absurdalne. Dokumentuje swoje zadziwienia.

Młode spojrzenie

Sándor Márai ma w tej podróży 26 lat. Wystarczająco dużo, by widzieć szeroki kontekst zdarzeń, pamiętać o historii i polityce, a jednocześnie wystarczająco mało, by widzieć wszystko bez żadnych filtrów.

Odkrywa dla siebie świat i przygląda mu się bez żadnych, z góry założonych tez. Co cenne, podróż na wschód jest dla niego… podróżą. Nie wyprawą do dziczy, do krainy brudu (choć, oddajmy sprawiedliwość, brud wszelkich podróży znajduje w książce swoje znaczące miejsce) i absolutnie nie wyprawą do gruzów dawnych cywilizacji.

Autor z równą pokorą opisuje codzienność i przeszłość. Czyni to bez europejskiego poczucia wyższości, lekkim stylem i z poetyckim pięknem. Bo Márai widzi pięknie i pięknie o tym opowiada.

Wszystko pod pretekstem relacji z podróży. Materiały propagandowe rozdawane na stacji w Kantarze o północy? Hebrajski konduktor, który lepiej od hebrajskiego zna niemiecki, a od niemieckiego polski, bo jeszcze dwa lata temu mieszkał w Warszawie? Żydowscy urzędnicy wywracający bagaż na nitce? Odkrycie skarbów Dariusza w dziadowskim sklepiku w Bejrucie? Odpychające piękno egipskich sarkofagów? Prognoza masakrowania dla Damaszku? Gdzie jest najwięcej pcheł na całym świecie? Podróż na Rodos statkiem chorym na mechaniczne serce?

To tylko hasła wysmakowanych historii zawartych w wysmakowanej książce. Wzbogacająca lektura. Książka napisana jednocześnie prozą i wierszem. Nie można się od niej oderwać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.